IT World 0
Komputery interesowały mnie od dziecka…
Właśnie tak zacząłem pierwszy wpis na moim nowym blogu, który poświęcony jest jednej, konkretnej tematyce – IT. Dlaczego nowy blog? Read the rest of this entry →
Komputery interesowały mnie od dziecka…
Właśnie tak zacząłem pierwszy wpis na moim nowym blogu, który poświęcony jest jednej, konkretnej tematyce – IT. Dlaczego nowy blog? Read the rest of this entry →
Tekst pierwotnie publikowany był w serwisie Wrota Wyobraźni.
Wszystkie pozytywne komentarze, jakie przeczytałem na temat „Trylogii Skrytobójcy” autorstwa Robin Hobb nie kłamały. Po lekturze całej serii nie mogłem się doczekać momentu, w którym będę mógł zasiąść do czytania „Trylogii Złotoskóry”, tejże samej autorki. Oczekiwanie opłaciło mi się. Już lektura pierwszego tomu okazała się tak wciągająca, że odłożyłem wszystkie obowiązki na bok. Nie mogłem się niczym zająć, dopóki nie skończyłem czytać. Jak wiadomo trylogia ma trzy części, więc na około tydzień byłem wyłączony z jakichkolwiek prac.
Tekst pierwotnie publikowany był na Wrotach Wyobraźni.
Parę lat temu, jeszcze w trakcie studiów, odkryłem grę “Ultima Online”. Moja fascynacja tą formą zabawy była na tyle duża, że w pewnym momencie bycie graczem przestało mi wystarczać. Postanowiłem spróbować swoich sił po drugiej stronie barykady – jako Mistrz Gry. Trwały akurat prace nad darmowym, polskim shardem o nazwie Nelderim. Zgłosiłem swoją chęć pomocy i otrzymałem pierwsze zadanie – stworzenie historii rasy elfów, w oparciu o obowiązującą na shardzie ogólną historię swiata. Było to kilka lat temu… Ultima już mi się znudziła, jednakże napisana przeze mnie historia obowiązuje, na wspomnianym przeze mnie serwerze, cały czas.
Pierwotna wersja wpisu opublikowana była w serwisie Wrota Wyobraźni.
Guy Gavriel Kay jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie autorów. Ten urodzony w 1954 r. pisarz swoją karierę rozpoczął od pomocy Christopherowi Tolkienowi w redagowaniu “Silmarillionu” J.R.R. Tolkiena. Swoją pierwszą powieść wydał w roku 1984 – było nią „Letnie drzewo”, pierwszy tom trylogii „Fionavarski gobelin”. W roku 1990 światło dzienne ujrzała “Tigana”. To właśnie nią Kay rozpoczął pisanie powieści, których akcja rozgrywa się w realiach miejsc znanych z historii.
Dzięki Wydawnictwu MAG od sierpnia 2006 roku możemy cieszyć się nowym wydaniem tej książki.
Odwiedzając kiedyś groby bliskich znalazłem na cmentarzu mogiłę, na której wyryty był mnie więcej taki napis: „Człowiek umiera naprawdę wtedy, kiedy zginie pamięć o nim”. Przyglądając się historii ludzkości możemy zauważyć jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Nieraz spotkaliśmy się (i spotykamy nadal) z próbą sfałszowania historii czy też zniszczenia indywidualizmu narodowego. Wiele języków narodowych zostało zastąpionych innymi i zapomnianych. Nie musimy szukać daleko – wystarczy przypomnieć sobie wydarzenia z ubiegłego roku. W „Tiganie” ten problem sięga jeszcze głębiej…
Oglądając serial “Heroes” doszedłem do wniosku, że słowo bohater w dzisiejszych czasach mocno straciło na znaczeniu. W myśl dzisiejszych poglądów młodzieży bohater musi ratować świat. Najlepiej jak ma super moce. Któż z nas w dzieciństwie nie marzył o umiejętności latania, super sile, czy innych przymiotach postaci komiksowych? Dzisiejsze kino tylko wzmacnia te wyobrażenia. Bohater musi ratować świat, obojętnie czy przed złoczyńcą czy kataklizmem. Zawsze eksponowane jest poświęcenie.
Nie powiem, że nie lubię tego typu obrazów. “Armageddon”, w którym heroiczną postać zagrał Bruce Willis, jest jednym z moich ulubionych filmów. Zaczyna mi się jednak ta kreacja po prostu nudzić. Dlaczego? Niech pomyślę… Wspomniany wcześniej serial “Heroes”, filmy takie jak “007″, “Batman”, “Iron Man”, “Spider-Man” czy chociażby “Harry Potter”. Nie twierdzę oczywiście, że innych filmów nie ma. Są i to całkiem sporo. Nie da się jednak ukryć, że produkcji w których możemy zaobserwować dzisiejszych bohaterów jest mnóstwo. Ich reklamy są nachalne i na siłę wpychają nam się do głowy.
Gdzie podziały się kreacje znane nam z lektur szkolnych? Jeśli mnie pamięć nie myli (a bywa niestety zawodna), w lekturach bohaterem był ten, kto postępował zgodnie z hasłem danej epoki. Była więc praca u podstaw, walka o niepodległość, itp. To miało jakiś sens. Nie zrozumcie mnie źle – miłośnikiem książek, do czytania których zmuszano nas w szkole (z drobnymi wyjątkami) nie jestem. Po latach widzę jednak, że one rzeczywiście kształciły. Dzisiaj zachowanie głównych postaci nie byłoby dla mnie może bohaterskie, ale na pewno bliższe znaczeniu tego słowa niż to, co obserwujemy aktualnie.
Jak wygląda prawdziwy heroizm w dzisiejszych czasach? Wiele osób poproszonych o wskazanie bohaterów dzisiejszych czasów bez wątpienia wymieniłoby strażaków czy lekarzy. Zaczynam się jednak zastanawiać czy to dobry wybór. Strażak to praca jak każda inna. Niebezpieczna? Oczywiście, ale patrząc pod tym kątem na równi z nimi postawiłbym np. górników. Nikt mi chyba nie powie, że to bezpieczny zawód. Zdarza się, że i taki górnik uratuje komuś życie w przypadku katastrofy w kopalni. Dlaczego zatem na co dzień jest o nich tak cicho w kwestii heroizmu?
Lekarz to również zawód jak każdy inny. Ciężki i odpowiedzialny, ale jednak zawód. Lekarze ratują życia, bo do tego byli szkoleni – zupełnie jak żołnierze do obrony naszych granic. Słysząc co chwila informacje o pazerności tej grupy społecznej, o wymuszonych “prezentach” o strajkach z powodu niskich (w ich mniemaniu) pensjach… tracę szacunek do tego zawodu.
Czy w związku z tym ktoś taki jak bohater dla mnie istnieje? Oczywiście – jest nim każda osoba, która robi to co do niego należy. Bez skarg czy żądań. Wracając do jednego z tych wymienionych zawodów bohaterem jest dla mnie lekarz, który mając do wyboru pracę w prywatnym szpitalu, gdzie zarabiałby porządne pieniądze, oraz państwową placówkę na zabitej dechami wiosce, gdzie często będzie mieć głodową pensję – wybierze to drugie miejsce. Wybierze je, bo uczył się nie po to, żeby zarobić jak najwięcej lecz by pomóc tym osobom, które jego pomocy rzeczywiście potrzebują. Często osobom podobnym sobie – rodzicom, z poświęceniem wychowującym swoje dzieci.
Żeby była jasność – słowa, którymi rozpocząłem ten wpis, nie należą do mnie. Tak odezwał się do nas ksiądz po tym jak wypowiedzieliśmy już słowa przysięgi.
Jak pisałem poprzednio – nerwów nie było wcale. W sobotę, zgodnie z planem o 12.30 wyruszyłem do Chełma. Kwiaty oraz prezenty dla rodziców zdążyłem jeszcze zawieźć do domu weselnego a o 15.30, już przebrany, podjechałem pod dom Asi. Na miejscu czekali na mnie jej kuzyni, przegradzając drogę i żądając wymiany butelek na wódkę. Nastąpiło tradycyjne targowanie się. Muszę przyznać, że burza “odrobinę” mi pomogła, jako że siedziałem w suchym samochodzie. Chcąc nie chcąc musieli opuścić proponowaną cenę. Jednak, żeby nie było – w trakcie wesela dodałem im jeszcze od siebie trochę wódki. Mówiąc szczerze – współczuję im. Ulewa była wtedy straszna. Po powrocie do domu dosłownie ociekali wodą.
Błogosławieństwo wspominam bardzo miło. Był załamujący się ze wzruszenia głos (rodziców), były uśmiechy. Nikt już nie zwracał uwagi na deszcz.
Ten ostatni jakby osłabł i w momencie, gdy dojechaliśmy do kościoła – przestał padać.
Przyznam się szczerze, że myślałem iż mszy nie będę pamiętać. A jednak
Kazanie było piękne – proboszcz nawiązał między innymi do pogody oraz słów o przyjaźni, które wypowiedział Wańkowicz. Jakby na potwierdzenie tego co zostało wypowiedziane, w pewnym momencie zgasło światło a po chwili dało się słyszeć grzmot.
Nie sprawdziły się również moje obawy odnośnie ślubowania. Patrząc się w oczy Asi wypowiedziałem bezbłędnie słowa przysięgi. Również i ona nie pomyliła się – jedynie uśmiech rozjaśniał jej twarz.
Czy muszę wspominać, że pierwszy taniec na weselu był taki, jaki miał być? Co prawda zmieniliśmy odrobinę układ, w stosunku do wyćwiczonego, ale było to wymuszone suknią i welonem Asi. Samo wesele było już cudowną zabawą. Co prawda nie miałem możliwości by zbyt dużo posiedzieć, czy pojeść ale… coś się udało
Szczerze muszę więc przyznać że właściciel domu weselnego mówił szczerą prawdę – jedzenia było mnóstwo i było pyszne. Jako, że wszystko co zostało mogliśmy wziąć, to w niedzielę udało mi się paru smakołyków spróbować. Mój osąd nie jest jedyny – chyba nie zdarzyło się aby ktoś narzekał na jedzenie.
Jak jest dobrze, to już ze wszystkim. Do dzisiaj zbieram pochwały za wyszukanie świetnego zespołu weselnego. Jakby ktoś szukał, to namiary na D.M.T. z czystym sumieniem mogę przekazać. Zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym – byli świetni. Nawet udało im się zaskoczyć mnie z zabawą oczepinową.
Podsumowując – ślub i wesele to były niezapomniane chwile. Tym większa radość, że od soboty mogę nazywać żoną tą kobietę, przy której chcę się zestarzeć.
Zostały mi dwa dni tzw. wolności… W najbliższą sobotę zostanie mi założona na palec obrączka, zwana też potocznie GPSem. Tylko dwa dni… i aż dwa dni.
Zewsząd słyszę pytanie – “denerwujesz się?”. Zmówili się wszyscy, czy jak?
Może to dziwne, ale póki co jestem całkowicie spokojny. Wszystko już przygotowane (a przynajmniej tak mi się wydaje). Obrączki stoją na półce od dłuższego czasu, lekcje tańca zakończone, alkohol już w domu weselnym, goście potwierdzili obecność… Chyba o niczym nie zapomniałem. A jeśli nawet, to i tak już za późno żeby coś zmieniać. Pozostała ostatnia spowiedź i oczekiwanie.
W tle leci mi piosenka “Feeling Good” w wykonaniu Michaela Buble i dodatkowo ładuje mi akumulatory pozytywną energią. Chętnie usłyszałbym ją na własnym weselu, ale… mam obawy, że inne niż oryginalne wykonanie, mogłoby być pozbawione “tego czegoś”. Tej energii, którą czuje gdy z głośników lecą słowa “It’s a new dawn, It’s a new day, It’s a new life, For me. And I’m feeling good“.
Właściwie muszę przyznać, że są dwie rzeczy których się odrobinę obawiam. Pierwsza jest prozaiczna – pomyłki w przysiędze małżeńskiej. Mam dziwne wrażenie, że stojąc przed ołtarzem jednak poczuję nerwy i głos może odmówić mi posłuszeństwa. Niemniej jednak wiem, że wystarczy mi spojrzeć się w twarz tej, której oddałem serce i patrząc się na nią wypowiem formułkę bezbłędnie. Dlaczego? Bo ją kocham i wiem, że chcę być z nią już zawsze.
Druga rzecz, której się obawiam to pierwszy taniec. Zachciało nam się specjalnej aranżacji zamiast tradycyjnego przytulańca.. Może jednak, pomimo ograniczonej liczby treningów, uda nam się zatańczyć tak jak chcemy. Nie tak, jak goście by sobie życzyli ale tak by nam sprawiło to frajdę.
Obym tylko wytrzymał do końca wesela… Czasy studenckie dawno mam już za sobą i od pewnego czasu około północy robię się dziwnie senny. Patrząc się wstecz, zastanawiam się jak to było możliwe, że kiedyś wystarczały mi cztery godziny snu dziennie. Jedynie raz na miesiąc musiałem odespać. Spałem wtedy 10 – 12 godzin i znowu mogłem siedzieć po nocach.
Po weselu zaś długo wyczekiwany wyjazd w góry. Wreszcie odwiedzę Karpacz i jeśli tylko sił nam starczy wdrapiemy się na Śnieżkę
Karty pamięci do aparatu już czekają w pogotowiu
Nie tylko na Karpacz zresztą. Również Kraków mam zamiar obfotografować, ze szczególnym uwzględnieniem muzeum przyrody.
Dwa dni… już niecałe… Aż dwa dni, czy tylko dwa dni? Może jestem głupi, ale nie mogę się doczekać.
Premiera tej komedii romantycznej odbyła się już jakiś czas temu, jednak nie udawało mi się znaleźć czasu na wizytę w kinie. Do czasu… W sobotę o 22, razem z narzeczoną usiedliśmy w kinowych fotelach. Dlaczego wybrałem się na taki film? Z trzech powodów – lubię komedie romantyczne, moja narzeczona lubi komedie romantyczne, lubię Sandrę Bullock i Ryana Reynoldsa.
Film oparto o przewidywalną fabułę. Znienawidzona szefowa (Sandra Bullock) zmusza podwładnego (Ryan Reynolds) do ślubu, by uniknąć deportacji. Udają się do jego rodziców, gdzie okazuje się że facet jest bogaty. Pomimo początkowej niechęci oczywiście zakochują się w sobie. Naturalnie po drodze musiała się trafić była dziewczyna (Malin Akerman) głównego bohatera, która nie miałaby nic przeciwko by do siebie wrócili.
Fabuła tego rodzaju filmów prawie zawsze oparta jest o taki sam schemat. Oglądając je musimy się z tym liczyć, by móc czerpać przyjemność z kolejnej historii miłosnej. W ten sposób podszedłem do filmu “Narzeczony mimo woli” i nie zawiodłem się. Historia nie była dokładnie taka sama jak w innych filmach. Ponadto dodano mnóstwo smaczków, które sprawiały że widzowie co chwila wybuchali głośnym śmiechem. Przykładem mogą tutaj być sceny, w których gra Oscar Nuñez. Scena, którą widzicie obok wywołała u mnie (i nie tylko) łzy śmiechu.
Nie jedyna zresztą. Ryan jak zwykle pokazał, że jest dobrym aktorem i potrafi twarzą wyrazić każdą emocję. Umieszczenie go w jednym filmie obok takich osób jak Mary Steenburgen czy Betty White ani trochę nie przyćmiło jego gry. A i wspomnianym aktorkom nie można nic zarzucić.
Właściwie, to tylko do jednej postaci mogę się przyczepić. Joe Paxton (Craig T. Nelson), czyli ojciec głównego bohatera zagrany został… kiepsko. Tak naprawdę, to był w filmie niewidoczny.
Zastanawiam się czy nie wybrać się na jeszcze jeden seans, co w przypadku komedii romantycznych nie zdarza się zbyt często. Wiem na pewno, że kupię ten film jak tylko wyjdzie na DVD.
Zdjęcia pochodzą z serwisu FilmWeb.
Cztery i pół roku – tyle mniej więcej istniały Wrota Wyobraźni. Projekt, w który włożyłem mnóstwo serca i wysiłku, został oficjalnie zamknięty. Eksperyment z blogiem tematycznym nie powiódł się – zabrakło czasu i chęci. Każda z osób, która została w redakcji była zaangażowana w inny projekt. Kwestią czasu było więc zarzucenie działalności. Przyznam szczerze – myślałem że nastąpi to później. Jednakże mój nowy projekt wciągnął mnie tak mocno, że przestałem dziwić się innym. Brak czasu na Wrota już mnie nie denerwował. Zrozumiałem, że wszystko ma swój kres. Wiele osób może powiedzieć, że trzeba było spróbować wykrzesać z siebie energię i działać dalej. Jasne – można było, ale po co? Po co na siłę wskrzeszać trupa? Po co robić coś, co nie przynosi już satysfakcji, tylko męczy?
Przez cały okres istnienia “starych Wrót” opublikowaliśmy 973 artykuły i około 7500 newsów. Po przejściu do nowej formuły – zaledwie kilka nowych artykułów oraz “przedruki” starych. Newsów nie było, gdyż w tej formie serwisu nie było na nie miejsca. Postawiliśmy na same artykuły i przemyślenia. Co z tego wyszło – wiadomo. Jak zwykle zapał szybko się skończył.
Zamknięcie serwisu było więc jedynym rozsądnym wyjściem. Pozostała kwestia tego jak to zrobić. Robić szopkę, żegnać się z czytelnikami i dziękować im za odwiedziny? Sądzę, że byłoby to co najmniej śmieszne – przecież od długiego czasu na Wrotach nie działo się nic. Użytkownicy również coraz rzadziej odwiedzali serwis, bo i po co? Po krótkim zastanowieniu serwis po prostu zniknął z sieci – bez zbędnego rozgłosu.
Jak się teraz z tym czuję? W końcu zamknięte zostało (między innymi) moje dzieło. Żeby było śmiesznie, to zdumiewająco dobrze. Z fantastyką od dawna prawie nic mnie nie łączy. Okazjonalnie przeczytam jakąś książkę, obejrzę film czy zagram w planszówkę. Zbyt mało abym mógł z czystym sumieniem porządnie pracować w takim serwisie. Mógłbym pisać tekst raz na kilka miesięcy, lecz co poza tym? Newsów nie śledzę już od dawna, nie jestem na bieżąco z tym co się dzieje na rynku. Ładna wizytówka redaktora.
W zasadzie jestem nawet zadowolony z tego co udało mi się zrobić. Przede wszystkim doprowadziłem do stworzenia tego serwisu. Dawniej mój zapał kończył się dosyć szybko. Padał pomysł, zaczynałem coś robić i… dosyć szybko rezygnowałem. Tym razem pociągnąłem serwis tyle ile zdołałem, przekazując stołek dopiero w momencie gdy naprawdę nie było innego wyjścia. Kiedy zaś znowu pojawił się wolny czas uruchomiłem dział gier planszowych. Nie był może doskonały, ale za to trzymał się do końca.
Zamknięcie serwisu nie jest więc dla mnie porażką. Jest to tylko zakończenie pewnego etapu. Doświadczenia, które naprawdę dużo mnie nauczyło. Przede wszystkim tego, że jeśli chce się coś zrobić i znajdzie grupę osób o tych samych zainteresowaniach, to przy minimalnym wysiłku można dużo osiągnąć. Strach pomyśleć ile da się osiągnąć poświęcając więcej czasu na serwisową działalność hobbystyczną. Tego mam nadzieję dowiem się z mojego nowego projektu.
Edit: Jako, że cały wpis jest całkiem prywatny – dziękuję tym, którzy trwali z nami.
Siadając do oglądania filmu “W świecie kobiet” z 2007 roku nie oczekiwałem niczego innego, jak banalnej komedii romantycznej. Miał to być odprężający, odmóżdżający film i nic więcej. Czy dostałem właśnie to? Po części. Jest to film odprężający, niezbyt głęboki, ale należy przyznać scenarzyście, że jakąś głębię próbował wprowadzić.
Film opowiada o pewnym młodym chłopaku (w tej roli Adam Brody), który po rozstaniu ze swoją dziewczyną (Elena Anaya) postanawia przenieść się na pewien czas z Los Angeles do swojej babci w Detroit. Główny bohater nie może być oczywiście zwykłym chłopakiem – jest inteligentnym (kształcony w prywatnych szkołach) scenarzystą filmów pornograficznych, o ambicjach pisarskich. Jego była dziewczyna, to z kolei gwiazda filmowa. Prawda, że sytuacja z życia wzięta?
Naprawdę ciekawie robi się jednak dopiero gdy poznajemy jego babcię (Olympia Dukakis), gdyż jest ona, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu. O tym, że ciągle powtarza “już niedługo umrę” chyba nawet nie powinienem wspominać.
Teoretycznie po tego typu filmach nie powinienem się spodziewać wspaniałej gry aktorskiej. Oglądając “W świecie kobiet” – rzeczywiście nie powinienem. Zarówno Broody (który moim zdaniem nie potrafił się zdecydować na sposób odgrywania swojego bohatera), jak i Kristen Stewart (wcielająca się w rolę córki sąsiadki), jako główni aktorzy nie radzą sobie ze swoimi rolami. Ich aktorstwo można uznać co najwyżej za dostateczne. Oddając jednak sprawiedliwość – teksty, jakie napisał scenarzysta (Jon Kasdan) na pewno im nie pomagały.
Jedyną osobą, która swoją grą aktorską ratuje ten film jest Meg Ryan (sąsiadka). Jej nie mam kompletnie nic do zarzucenia. Ogrywała swoją rolę tak, że wszystkie emocje, jakie powinna czuć jej bohaterka, rzeczywiście były widoczne.
“W świecie kobiet” oferuje nam zagmatwany obraz miłości. Pełno tu niepewności i rozterek. Dochodzą do tego problemy osobiste głównych bohaterów. Czy to wywołane przez chorobę, czy też przez wydarzenia z przeszłości. Bardzo dobrze został przedstawiony dramat chorej kobiety i jej dorastającej córki. Myślę, że gdyby zaniechać elementów komediowo – romantycznych a zdecydować się rozwinąć wątek dramatyczny, to mógłby to być naprawdę udany film. Tak się jednak nie stało. Dramat przewija się tutaj z komedią, dostaliśmy sztampowe elementy znane już z wielu podobnych produkcji. Niektórzy docenią takie rozwiązanie, gdyż dzięki temu nie jest to film ciężki w odbiorze. Jednakże osoby, które lubią bardziej wymagające kino – raczej się rozczarują.
Na krótkie wspomnienie zasługuje muzyka z tego filmu. Stephen Trask poradził sobie moim zdaniem dosyć dobrze. Nie zdarzyło mi się skrzywić z powodu niedopasowania muzyki do aktualnie rozgrywanych scen. Powiem więcej – fragment muzyki fortepianowej, kiedy Brody stoi w deszczu na dworze – ewidentnie trafił w moje gusta. Za to stawiam dużego plusa.
Tak właściwie, to o tym filmie nie da się powiedzieć za dużo, nie zdradzając jednocześnie fabuły. Obejrzałem – nie żałuję, ale raczej wątpię żebym do niego wrócił.Czy polecam? Tylko miłośnikom komedii romantycznych. Niemniej jednak, nawet wśród tego gatunku znajdzie się dużo lepszych filmów. To, że “W świecie kobiet” było debiutem, zarówno jako reżysera jak i scenarzysty, Jona Kasdana – nie jest dla mnie odpowiednim wytłumaczeniem.
Zdjęcia zaczerpnięte zostały z serwisu FilmWeb
Aenean dui quam, pellentesque ut, commodo ac, tempor aliquam, turpis. Etiam accumsan rhoncus nisi. Morbi velit enim, mollis et, elementum sit amet, egestas sed, diam. Curabitur scelerisque, nulla et facilisis fringilla, sapien elit auctor augue, at porttitor ipsum nibh faucibus ligula.