Wyobraźnia nie może nas ograniczać

Grzegorz Kamiński


Archive for the ‘Prywatne’


IT World 0

Posted on Styczeń 27, 2010 by Grzegorz Kamiński

Komputery interesowały mnie od dziecka…
Właśnie tak zacząłem pierwszy wpis na moim nowym blogu, który poświęcony jest jednej, konkretnej tematyce – IT. Dlaczego nowy blog? Read the rest of this entry →

Nelderim – historia Elfów 0

Posted on Styczeń 07, 2010 by Grzegorz Kamiński

Tekst pierwotnie publikowany był na Wrotach Wyobraźni.

Parę lat temu, jeszcze w trakcie studiów, odkryłem grę “Ultima Online”. Moja fascynacja tą formą zabawy była na tyle duża, że w pewnym momencie bycie graczem przestało mi wystarczać. Postanowiłem spróbować swoich sił po drugiej stronie barykady – jako Mistrz Gry. Trwały akurat prace nad darmowym, polskim shardem o nazwie Nelderim. Zgłosiłem swoją chęć pomocy i otrzymałem pierwsze zadanie – stworzenie historii rasy elfów, w oparciu o obowiązującą na shardzie ogólną historię swiata. Było to kilka lat temu… Ultima już mi się znudziła, jednakże napisana przeze mnie historia obowiązuje, na wspomnianym przeze mnie serwerze, cały czas.

Read the rest of this entry →

I po bólu… 2

Posted on Sierpień 31, 2009 by Grzegorz Kamiński

Żeby była jasność – słowa, którymi rozpocząłem ten wpis, nie należą do mnie. Tak odezwał się do nas ksiądz po tym jak wypowiedzieliśmy już słowa przysięgi.

Jak pisałem poprzednio – nerwów nie było wcale. W sobotę, zgodnie z planem o 12.30 wyruszyłem do Chełma. Kwiaty oraz prezenty dla rodziców zdążyłem jeszcze zawieźć do domu weselnego a o 15.30, już przebrany, podjechałem pod dom Asi. Na miejscu czekali na mnie jej kuzyni, przegradzając drogę i żądając wymiany butelek na wódkę. Nastąpiło tradycyjne targowanie się. Muszę przyznać, że burza “odrobinę” mi pomogła, jako że siedziałem w suchym samochodzie. Chcąc nie chcąc musieli opuścić proponowaną cenę. Jednak, żeby nie było – w trakcie wesela dodałem im jeszcze od siebie trochę wódki. Mówiąc szczerze – współczuję im. Ulewa była wtedy straszna. Po powrocie do domu dosłownie ociekali wodą.

Błogosławieństwo wspominam bardzo miło. Był załamujący się ze wzruszenia głos (rodziców), były uśmiechy. Nikt już nie zwracał uwagi na deszcz.

Ten ostatni jakby osłabł i w momencie, gdy dojechaliśmy do kościoła – przestał padać.

Przyznam się szczerze, że myślałem iż mszy nie będę pamiętać. A jednak :) Kazanie było piękne – proboszcz nawiązał między innymi do pogody oraz słów o przyjaźni, które wypowiedział Wańkowicz. Jakby na potwierdzenie tego co zostało wypowiedziane, w pewnym momencie zgasło światło a po chwili dało się słyszeć grzmot.
Nie sprawdziły się również moje obawy odnośnie ślubowania. Patrząc się w oczy Asi wypowiedziałem bezbłędnie słowa przysięgi. Również i ona nie pomyliła się – jedynie uśmiech rozjaśniał jej twarz.

Czy muszę wspominać, że pierwszy taniec na weselu był taki, jaki miał być? Co prawda zmieniliśmy odrobinę układ, w stosunku do wyćwiczonego, ale było to wymuszone suknią i welonem Asi. Samo wesele było już cudowną zabawą. Co prawda nie miałem możliwości by zbyt dużo posiedzieć, czy pojeść ale… coś się udało ;) Szczerze muszę więc przyznać że właściciel domu weselnego mówił szczerą prawdę – jedzenia było mnóstwo i  było pyszne. Jako, że wszystko co zostało mogliśmy wziąć, to w niedzielę udało mi się paru smakołyków spróbować. Mój osąd nie jest jedyny – chyba nie zdarzyło się aby ktoś narzekał na jedzenie.

Jak jest dobrze, to już ze wszystkim. Do dzisiaj zbieram pochwały za wyszukanie świetnego zespołu weselnego. Jakby ktoś szukał, to namiary na D.M.T. z czystym sumieniem mogę przekazać. Zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym – byli świetni. Nawet udało im się zaskoczyć mnie z zabawą oczepinową.

Podsumowując – ślub i wesele to były niezapomniane chwile. Tym większa radość, że od soboty mogę nazywać żoną tą kobietę, przy której chcę się zestarzeć.

Dwa dni… 0

Posted on Sierpień 27, 2009 by Grzegorz Kamiński

Zostały mi dwa dni tzw. wolności… W najbliższą sobotę zostanie mi założona na palec obrączka, zwana też potocznie GPSem. Tylko dwa dni… i aż dwa dni.

Zewsząd słyszę pytanie – “denerwujesz się?”. Zmówili się wszyscy, czy jak? ;) Może to dziwne, ale póki co jestem całkowicie spokojny. Wszystko już przygotowane (a przynajmniej tak mi się wydaje). Obrączki stoją na półce od dłuższego czasu, lekcje tańca zakończone, alkohol już w domu weselnym, goście potwierdzili obecność… Chyba o niczym nie zapomniałem. A jeśli nawet, to i tak już za późno żeby coś zmieniać. Pozostała ostatnia spowiedź i oczekiwanie.

W tle leci mi piosenka “Feeling Good” w wykonaniu Michaela Buble i dodatkowo ładuje mi akumulatory pozytywną energią. Chętnie usłyszałbym ją na własnym weselu, ale… mam obawy, że inne niż oryginalne wykonanie, mogłoby być pozbawione “tego czegoś”. Tej energii, którą czuje gdy z głośników lecą słowa “It’s a new dawn, It’s a new day,   It’s a new life, For me.  And I’m feeling good“.

Właściwie muszę przyznać, że są dwie rzeczy których się odrobinę obawiam. Pierwsza jest prozaiczna – pomyłki w przysiędze małżeńskiej. Mam dziwne wrażenie, że stojąc przed ołtarzem jednak poczuję nerwy i głos może odmówić mi posłuszeństwa. Niemniej jednak wiem, że wystarczy mi spojrzeć się w twarz tej, której oddałem serce i patrząc się na nią wypowiem formułkę bezbłędnie. Dlaczego? Bo ją kocham i wiem, że chcę być z nią już zawsze.
Druga rzecz, której się obawiam to pierwszy taniec. Zachciało nam się specjalnej aranżacji zamiast tradycyjnego przytulańca.. Może jednak, pomimo ograniczonej liczby treningów, uda nam się zatańczyć tak jak chcemy. Nie tak, jak goście by sobie życzyli ale tak by nam sprawiło to frajdę.

Obym tylko wytrzymał do końca wesela… Czasy studenckie dawno mam już za sobą i od pewnego czasu około północy robię się dziwnie senny. Patrząc się wstecz, zastanawiam się jak to było możliwe, że kiedyś wystarczały mi cztery godziny snu dziennie. Jedynie raz na miesiąc musiałem odespać. Spałem wtedy 10 – 12 godzin i znowu mogłem siedzieć po nocach.

Po weselu zaś długo wyczekiwany wyjazd w góry. Wreszcie odwiedzę Karpacz i jeśli tylko sił nam starczy wdrapiemy się na Śnieżkę :) Karty pamięci do aparatu już czekają w pogotowiu ;) Nie tylko na Karpacz zresztą. Również Kraków mam zamiar obfotografować, ze szczególnym uwzględnieniem muzeum przyrody.

Dwa dni… już niecałe… Aż dwa dni, czy tylko dwa dni? Może jestem głupi, ale nie mogę się doczekać.

Wrota się zamknęły… 11

Posted on Lipiec 24, 2009 by Grzegorz Kamiński

logobookcCztery i pół roku – tyle mniej więcej istniały Wrota Wyobraźni. Projekt, w który włożyłem mnóstwo serca i wysiłku, został oficjalnie zamknięty. Eksperyment z blogiem tematycznym nie powiódł się – zabrakło czasu i chęci. Każda z osób, która została w redakcji była zaangażowana w inny projekt. Kwestią czasu było więc zarzucenie działalności. Przyznam szczerze – myślałem że nastąpi to później. Jednakże mój nowy projekt wciągnął mnie tak mocno, że przestałem dziwić się innym. Brak czasu na Wrota już mnie nie denerwował. Zrozumiałem, że wszystko ma swój kres. Wiele osób może powiedzieć, że trzeba było spróbować wykrzesać z siebie energię i działać dalej. Jasne – można było, ale po co? Po co na siłę wskrzeszać trupa? Po co robić coś, co nie przynosi już satysfakcji, tylko męczy?

Przez cały okres istnienia “starych Wrót” opublikowaliśmy 973 artykuły i około 7500 newsów. Po przejściu do nowej formuły – zaledwie kilka nowych artykułów oraz “przedruki” starych. Newsów nie było, gdyż w tej formie serwisu nie było na nie miejsca. Postawiliśmy na same artykuły i przemyślenia. Co z tego wyszło – wiadomo. Jak zwykle zapał szybko się skończył.

Zamknięcie serwisu było więc jedynym rozsądnym wyjściem. Pozostała kwestia tego jak to zrobić. Robić szopkę, żegnać się z czytelnikami i dziękować im za odwiedziny? Sądzę, że byłoby to co najmniej śmieszne – przecież od długiego czasu na Wrotach nie działo się nic. Użytkownicy również coraz rzadziej odwiedzali serwis, bo i po co? Po krótkim zastanowieniu serwis po prostu zniknął z sieci – bez zbędnego rozgłosu.

Jak się teraz z tym czuję? W końcu zamknięte zostało (między innymi) moje dzieło. Żeby było śmiesznie, to zdumiewająco dobrze. Z fantastyką od dawna prawie nic mnie nie łączy. Okazjonalnie przeczytam jakąś książkę, obejrzę film czy zagram w planszówkę. Zbyt mało abym mógł z czystym sumieniem porządnie pracować w takim serwisie. Mógłbym pisać tekst raz na kilka miesięcy, lecz co poza tym? Newsów nie śledzę już od dawna, nie jestem na bieżąco z tym co się dzieje na rynku. Ładna wizytówka redaktora.

W zasadzie jestem nawet zadowolony z tego co udało mi się zrobić. Przede wszystkim doprowadziłem do stworzenia tego serwisu. Dawniej mój zapał kończył się dosyć szybko. Padał pomysł, zaczynałem coś robić i… dosyć szybko rezygnowałem. Tym razem pociągnąłem serwis tyle ile zdołałem, przekazując stołek dopiero w momencie gdy naprawdę nie było innego wyjścia. Kiedy zaś znowu pojawił się wolny czas uruchomiłem dział gier planszowych. Nie był może doskonały, ale za to trzymał się do końca.

Zamknięcie serwisu nie jest więc dla mnie porażką. Jest to tylko zakończenie pewnego etapu. Doświadczenia, które naprawdę dużo mnie nauczyło. Przede wszystkim tego, że jeśli chce się coś zrobić i znajdzie grupę osób o tych samych zainteresowaniach, to przy minimalnym wysiłku można dużo osiągnąć. Strach pomyśleć ile da się osiągnąć poświęcając więcej czasu na serwisową działalność hobbystyczną. Tego mam nadzieję dowiem się z mojego nowego projektu.

Edit: Jako, że cały wpis jest całkiem prywatny – dziękuję tym, którzy trwali z nami.

Vivo per lei 0

Posted on Maj 14, 2009 by Grzegorz Kamiński

Są piosenki, które potrafią poruszyć. Szukając czegoś na pierwszy taniec trafiłem na piękny utwór, którego autorem jest Andrea Bocelli. O czym opowiada możecie wywnioskować z tekstu. Poniżej zamieszczam wersję oryginalną i angielskojęzyczną. “Vivo per lei” uznaję oficjalnie za jeden z najlepszych utworów, jaki dane mi było słuchać. Dlaczego – sprawdźcie sami.

VIVO PER LEI
V. Zelli / M. Mengali / G. Panceri

Vivo per lei da quando sai
La prima volta l’ho incontrata,
Non mi ricordo come ma
Mi entrata dentro e c’ restata.
Vivo per lei perch mi fa
Vibrare forte l’anima,
Vivo per lei e non un peso.

Vivo per lei anch’io lo sai
E tu non esserne geloso,
Lei di tutti quelli che
Hanno un bisogno sempre acceso,
Come uno stereo in camera,
Di chi da solo e adesso sa,
Che unche per lui, per questo
Io vivo per lei.

è una musa che ci invita
A sfiorarla con le dita,
Atraverso un pianoforte
La morte lontana,
Io vivo per lei.

Vivo per lei che spesso sa
Essere dolce e sensuale,
A volte picchia in testa una
un pugno che non fa mai male.

Vivo per lei lo so mi fa
Girare di citt in citt,
Soffrire un po’ ma almeno io vivo.

è un dolore quando parte.
Vivo per lei dentro gli hotels.
Con piacere estremo cresce.
Vivo per lei nel vortice.
Attraverso la mia voce
Si espande e amore produce.

Vivo per lei nient’altro ho
E quanti altri incontrer
Che come me hanno scritto in viso:
Io vivo per lei.

Io vivo per lei
Sopra un palco o contro ad un muro…
Vivo per lei al limite.
… anche in un domani duro.
Vivo per lei al margine.
Ogni giorno
Una conquista,
La protagonista
Sar sempre lei.

Vivo per lei perch oramai
Io non ho altra via d’uscita,
Perch la musica lo sai
Davvero non l’ho mai tradita.

Vivo per lei perch mi da
Pause e note in libert
Ci fosse un’altra vita la vivo,
La vivo per lei.

Vivo per lei la musica.
Io vivo per lei.
Vivo per lei unica.
Io vivo per lei.
Io vivo per lei.
Io vivo Per lei.

I LIVE FOR HER

I live for her, you know, since
the first time I met her.
I do not remember how, but
she entered within me and stayed there.
I live for her because she makes
my soul vibrate so strongly.
I live for her and it is not a burden.

I live for her too, you know,
and don’t be jealous:
she belongs to all those who
have a need that is always switched on
like a stereo in the bedroom,
to someone who is alone and now knows
that she is also for him; for this reason
I live for her.

She is a muse who invites us
to brush her with the fingers.
Through a piano
death remains far away;
I live for her.

I live for her who often knows
how to be sweet and sensual;
sometimes she stuns you but
it is a blow that never hurts.

I live for her. I know she makes me
travel from town to town
and suffer a little, but at least I live.

It is painful when she leaves.
I live in hotels for her.
It grows with supreme pleasure.
I live for her in the vortex.
Through my voice
it expands and produces love.

I live for her, I have nothing else,
and how many others I shall meet
who, like me, have written on their faces
“I live for her.”

I live for her
on a dais or against a wall
I live for her to the limit.
…also in a harsh tomorrow.
I live for her to the very edge.
Every day
a conquest;
the protagonist
will always be her.

I live for her because now
I have no other way out,
because, you know, music
is something I have truly never betrayed.

I live for her because she gives me
rests and notes with freedom.
If there were another life I’d live it,
I’d live it for her.

I live for her, music.
I live for her.
I live for her, she is unique.
I live for her.
I live for her.
I live for her.

Plateau – Najbardziej 0

Posted on Maj 06, 2009 by Grzegorz Kamiński

Tym razem mało moich wypocin. Wróciłem ostatnio do zespołu, którego dawno już nie słuchałem. Jak się okazało – źle robiłem. Plateau wydało nową płytę, na której znalazła się piosenka “Najbardziej”. Nie wiem jak Wam, ale mi bardzo pasuje – zarówno muzyka, jak i tekst. Ma w sobie coś, co sprawia że potrafię się zamyślić. Dobra, rozmyślania nad tą i innymi piosenkami kiedy indziej. Poniżej tekst i teledysk.

Po pierwsze to ja lubię być sam
Raz na jakiś czas zupełnie sam
Zupełnie sam
Wina smak w deszczowy i jesienny dzień
Zapach kawy gdy obudzisz mnie
Obudzisz mnie
Obudzisz mnie
Lubię gdy już usłyszę cię
Twoich kroków dźwięk gdy zbliżasz się
Gdy zbliżasz się
Gdy zbliżasz się

Najbardziej lubię patrzeć kiedy śpisz
I kiedy już pod wieczór pukasz do mnie
Mówisz – ja słucham
Najbardziej lubię gdy leżymy nago i
Gdy wieczorami deszcz uderza w szyby i
Mówisz- ja słucham cię

Muzyki dźwięk gdy ciemno już
Nasze zdjęcia co pokrył je kurz
Pokrył je kurz
Pokrył je kurz

Najbardziej lubię patrzeć kiedy śpisz
I kiedy już pod wieczór pukasz do mnie
Mówisz – ja słucham
Najbardziej lubię gdy leżymy nago i
Gdy wieczorami deszcz uderza w szyby i
Mówisz- ja słucham cię

Nauki przedmałżeńskie 1

Posted on Maj 03, 2009 by Grzegorz Kamiński

Nasłuchałem się opowieści znajomych o tym co dzieje się na naukach przedmałżeńskich i uznałem je za stratę czasu. Z tego powodu myśl, że muszę się na nie zgłosić jakoś nie nastrajała mnie pozytywnie. Aby zaoszczędzić czasu i uczęszczać na nauki razem z narzeczoną zdecydowałem się na płatne nauki przyspieszone. Rozwiązanie, wydawałoby się, idealne – dwa weekendy i po wszystkim. Na dodatek pewnie będzie jak na innych naukach – szybko i bezboleśnie.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w sali w której miały odbyć się nauki, zebrało się ponad 50 osób. Jeszcze większym zdziwieniem było dla mnie to, że nie mogę liczyć na wcześniejsze zakończenie kursu – prowadzący naprawdę chcieli nam przekazać swoją wiedzę.

Na początku było dziwnie – przedstawianie się, jak w grupie AA, dzielenie na zespoły, prace domowe ;) i dyskusje. Szybko jednak się wciągnąłem i zacząłem z tych nauk korzystać. Dokładnie – korzystać. To, czego dowiedziałem się (do tej pory) zarówno od księży, jak i od osoby świeckiej dało mi trochę do myślenie i rozjaśniło pewne kwestie. Osoby prowadzące nie próbowały unikać ciężkich tematów a wręcz zachęcały d0 dyskusji. Poruszyliśmy zatem, między innymi, temat “cenników” w różnych parafiach. Jak łatwo można się domyśleć – dyskusja była burzliwa.

Przez te dwa dni spotkałem kilkadziesiąt osób, o całkowicie różnych charakterach i poglądach. Pomimo tego, że na początku większość jasno dawała do zrozumienia, że przyszła tu tylko po podpis to z późniejszych dyskusji wynika, że ich nastawienie zmieniło się. Myślę, że tak samo jak ja – chętnie przyjdą na dwa kolejne dni spotkań. Tak, moje nastawienie zmieniło się. Jestem zadowolony z tego, że nauki przedmałżeńskie są obowiązkowe i że nie biegam po różnych parafiach aby zdobyć podpisy, tylko poszedłem na te wyjątkowe nauki. Mówiąc szczerze – nawet żałuję, że trwają tak krótko. Gdyby trwały ten weekend dłużej udałoby się zapewne poruszyć jeszcze więcej interesujących, dla narzeczonych, tematów.

Góry moja miłość 1

Posted on Marzec 18, 2009 by Grzegorz Kamiński

Odnosząc się do tytułu, to żeby być uczciwym, muszę dodać że druga ;)
Ostatnie trzy dni spędziłem w Bieszczadach. Czasów na spacery było tyle, co kot napłakał, ale wystarczyło by poczuć tą wspaniałą atmosferę. Już w trakcie drogi widok pierwszych “pagórków” podziałał na mnie strasznie uspokajająco. Nic dziwnego, że nie mogłem oderwać od nich wzroku. Sam pobyt w górach pozwolił mi na przypomnienie sobie dlaczego tak chętnie do nich wracam. Pomijając oczywiście wrażenia estetyczne – góry pozwalają mi podładować akumulatory, wyciszyć się, odpocząć. To jedyne miejsce, w którym ciągle czuję wpływ przyrody na nasze życie. Tylko tam jest ona tak wszechobecna i majestatyczna.

Znowu wróciła mi chęć przeprowadzki. Tylko, czy gdybym zamieszkał wśród szczytów, dalej tak bym je postrzegał? Czy też zatęskniłbym za nizinami lub, o zgrozo, za morzem? Czy krajobraz morski, który teraz jest dla mnie monotonny, stałby się wtedy wytchnieniem? Mam nadzieję, że nie. Żeby żyć w górach, naprawdę trzeba czuć to przyciąganie. To, które sprawia że za każdym razem coraz trudniej jest mi wyjeżdżać. Stwierdziłem nawet, że idealna sceneria dla mnie, to domek w górach, dobre łącze do telepracy i kochająca kobieta przy moim boku.

No cóż… może kiedyś uda się ten domek w górach kupić ;)

Tymczasem dorzuciłem do galerii kilka zdjęć z ostatniego wypadu w okolice Soliny. Na dniach powinny pojawić się kolejne fotki.

Szkolenia dobre i złe 0

Posted on Marzec 15, 2009 by Grzegorz Kamiński

Szkolenia generalnie dzielą się na dobre i złe. Pierwsze skojarzenie przy tego typu podziałach to ilość wiedzy, jaka została nam przekazana. Nie oszukujmy się jednak, to nie jest wiarygodne źródło oceny. Nie ważne jak dobry jest wykładowca, to jakby się nie starał nie przeskoczy ograniczeń kursanta. Śmieszy mnie z tego powodu podejście osób, które jadąc na szkolenie wymagają od wykładowcy wtłoczenia im do głowy wszelkiej wiedzy – tego, czego sami nie byli w stanie nauczyć się przez kilka tygodni. Nie w tym jednak rzecz – wykładowca ma rozjaśnić wątpliwości, podać ciekawostki, zainteresować tematem. Na tym jednak jego rola się kończy. Czasami zdarzają się jednak na szkoleniu jednostki, które nie pozwalają prowadzącemu nawet na to.  Zadają setki pytań, nie do końca związanych z tematem przewodnim szkolenia. Pytania, na które odpowiedzi nie przyniosą grupie żadnych korzyści. Takie, które są budowane ściśle pod określone jednostki. Uwierzcie mi – takie osoby mogą być zmorą każdego szkolenia i dosyć szybko są przez całą grupę obdarzane co najmniej niechętnym spojrzeniem i kąśliwymi komentarzami.

Sama część edukacyjna to jednak nie wszystko. Bardzo ważna jest też organizacja czasu wolnego kursantów. To właśnie po tej części można zaobserwować nastawienie szkoleniowców do kursantów. Przy dobrych szkoleniach część edukacyjna stanowi zaledwie 30% całkowitej oceny szkolenia (oczywiście moim zdaniem). Reszta należy do części rozrywkowej. Z całą pewnością moje ostatnie szkolenie należy do tych bardzo dobrych ;) Pomijając szczegóły – w życiu nie myślałem, że wezmę udział w karaoke i przy całkowicie obcych ludziach będę śpiewać do mikrofonu. I to dwa dni z rzędu. Pierwsza w życiu gra w kręgle i nowe znajomości dopełniły tylko pozytywnej oceny tego wyjazdu. Brakowało mi tylko jednej rzeczy – czasu na sen ;)

Tak… to było naprawdę dobre szkolenie.



↑ Top