Posted on
Styczeń 05, 2010 by
Grzegorz Kamiński
Pierwotna wersja wpisu opublikowana była w serwisie Wrota Wyobraźni.
Guy Gavriel Kay jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie autorów. Ten urodzony w 1954 r. pisarz swoją karierę rozpoczął od pomocy Christopherowi Tolkienowi w redagowaniu “Silmarillionu” J.R.R. Tolkiena. Swoją pierwszą powieść wydał w roku 1984 – było nią „Letnie drzewo”, pierwszy tom trylogii „Fionavarski gobelin”. W roku 1990 światło dzienne ujrzała “Tigana”. To właśnie nią Kay rozpoczął pisanie powieści, których akcja rozgrywa się w realiach miejsc znanych z historii.
Dzięki Wydawnictwu MAG od sierpnia 2006 roku możemy cieszyć się nowym wydaniem tej książki.
Odwiedzając kiedyś groby bliskich znalazłem na cmentarzu mogiłę, na której wyryty był mnie więcej taki napis: „Człowiek umiera naprawdę wtedy, kiedy zginie pamięć o nim”. Przyglądając się historii ludzkości możemy zauważyć jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Nieraz spotkaliśmy się (i spotykamy nadal) z próbą sfałszowania historii czy też zniszczenia indywidualizmu narodowego. Wiele języków narodowych zostało zastąpionych innymi i zapomnianych. Nie musimy szukać daleko – wystarczy przypomnieć sobie wydarzenia z ubiegłego roku. W „Tiganie” ten problem sięga jeszcze głębiej…
Read the rest of this entry →
Tags: fantasyKayLiteraturarecenzjaTigana
Category
Featured, Literatura
Posted on
Sierpień 09, 2009 by
Grzegorz Kamiński
Premiera tej komedii romantycznej odbyła się już jakiś czas temu, jednak nie udawało mi się znaleźć czasu na wizytę w kinie. Do czasu… W sobotę o 22, razem z narzeczoną usiedliśmy w kinowych fotelach. Dlaczego wybrałem się na taki film? Z trzech powodów – lubię komedie romantyczne, moja narzeczona lubi komedie romantyczne, lubię Sandrę Bullock i Ryana Reynoldsa.
Film oparto o przewidywalną fabułę. Znienawidzona szefowa (Sandra Bullock) zmusza podwładnego (Ryan Reynolds) do ślubu, by uniknąć deportacji. Udają się do jego rodziców, gdzie okazuje się że facet jest bogaty. Pomimo początkowej niechęci oczywiście zakochują się w sobie. Naturalnie po drodze musiała się trafić była dziewczyna (Malin Akerman) głównego bohatera, która nie miałaby nic przeciwko by do siebie wrócili.
Fabuła tego rodzaju filmów prawie zawsze oparta jest o taki sam schemat. Oglądając je musimy się z tym liczyć, by móc czerpać przyjemność z kolejnej historii miłosnej. W ten sposób podszedłem do filmu “Narzeczony mimo woli” i nie zawiodłem się. Historia nie była dokładnie taka sama jak w innych filmach. Ponadto dodano mnóstwo smaczków, które sprawiały że widzowie co chwila wybuchali głośnym śmiechem. Przykładem mogą tutaj być sceny, w których gra Oscar Nuñez. Scena, którą widzicie obok wywołała u mnie (i nie tylko) łzy śmiechu.
Nie jedyna zresztą. Ryan jak zwykle pokazał, że jest dobrym aktorem i potrafi twarzą wyrazić każdą emocję. Umieszczenie go w jednym filmie obok takich osób jak Mary Steenburgen czy Betty White ani trochę nie przyćmiło jego gry. A i wspomnianym aktorkom nie można nic zarzucić.
Właściwie, to tylko do jednej postaci mogę się przyczepić. Joe Paxton (Craig T. Nelson), czyli ojciec głównego bohatera zagrany został… kiepsko. Tak naprawdę, to był w filmie niewidoczny.
Zastanawiam się czy nie wybrać się na jeszcze jeden seans, co w przypadku komedii romantycznych nie zdarza się zbyt często. Wiem na pewno, że kupię ten film jak tylko wyjdzie na DVD.
Zdjęcia pochodzą z serwisu FilmWeb.
Category
Featured, Film
Posted on
Lipiec 24, 2009 by
Grzegorz Kamiński
Cztery i pół roku – tyle mniej więcej istniały Wrota Wyobraźni. Projekt, w który włożyłem mnóstwo serca i wysiłku, został oficjalnie zamknięty. Eksperyment z blogiem tematycznym nie powiódł się – zabrakło czasu i chęci. Każda z osób, która została w redakcji była zaangażowana w inny projekt. Kwestią czasu było więc zarzucenie działalności. Przyznam szczerze – myślałem że nastąpi to później. Jednakże mój nowy projekt wciągnął mnie tak mocno, że przestałem dziwić się innym. Brak czasu na Wrota już mnie nie denerwował. Zrozumiałem, że wszystko ma swój kres. Wiele osób może powiedzieć, że trzeba było spróbować wykrzesać z siebie energię i działać dalej. Jasne – można było, ale po co? Po co na siłę wskrzeszać trupa? Po co robić coś, co nie przynosi już satysfakcji, tylko męczy?
Przez cały okres istnienia “starych Wrót” opublikowaliśmy 973 artykuły i około 7500 newsów. Po przejściu do nowej formuły – zaledwie kilka nowych artykułów oraz “przedruki” starych. Newsów nie było, gdyż w tej formie serwisu nie było na nie miejsca. Postawiliśmy na same artykuły i przemyślenia. Co z tego wyszło – wiadomo. Jak zwykle zapał szybko się skończył.
Zamknięcie serwisu było więc jedynym rozsądnym wyjściem. Pozostała kwestia tego jak to zrobić. Robić szopkę, żegnać się z czytelnikami i dziękować im za odwiedziny? Sądzę, że byłoby to co najmniej śmieszne – przecież od długiego czasu na Wrotach nie działo się nic. Użytkownicy również coraz rzadziej odwiedzali serwis, bo i po co? Po krótkim zastanowieniu serwis po prostu zniknął z sieci – bez zbędnego rozgłosu.
Jak się teraz z tym czuję? W końcu zamknięte zostało (między innymi) moje dzieło. Żeby było śmiesznie, to zdumiewająco dobrze. Z fantastyką od dawna prawie nic mnie nie łączy. Okazjonalnie przeczytam jakąś książkę, obejrzę film czy zagram w planszówkę. Zbyt mało abym mógł z czystym sumieniem porządnie pracować w takim serwisie. Mógłbym pisać tekst raz na kilka miesięcy, lecz co poza tym? Newsów nie śledzę już od dawna, nie jestem na bieżąco z tym co się dzieje na rynku. Ładna wizytówka redaktora.
W zasadzie jestem nawet zadowolony z tego co udało mi się zrobić. Przede wszystkim doprowadziłem do stworzenia tego serwisu. Dawniej mój zapał kończył się dosyć szybko. Padał pomysł, zaczynałem coś robić i… dosyć szybko rezygnowałem. Tym razem pociągnąłem serwis tyle ile zdołałem, przekazując stołek dopiero w momencie gdy naprawdę nie było innego wyjścia. Kiedy zaś znowu pojawił się wolny czas uruchomiłem dział gier planszowych. Nie był może doskonały, ale za to trzymał się do końca.
Zamknięcie serwisu nie jest więc dla mnie porażką. Jest to tylko zakończenie pewnego etapu. Doświadczenia, które naprawdę dużo mnie nauczyło. Przede wszystkim tego, że jeśli chce się coś zrobić i znajdzie grupę osób o tych samych zainteresowaniach, to przy minimalnym wysiłku można dużo osiągnąć. Strach pomyśleć ile da się osiągnąć poświęcając więcej czasu na serwisową działalność hobbystyczną. Tego mam nadzieję dowiem się z mojego nowego projektu.
Edit: Jako, że cały wpis jest całkiem prywatny – dziękuję tym, którzy trwali z nami.
Category
Featured, Prywatne