Monthly Archives: Sierpień 2009
I po bólu…
Żeby była jasność – słowa, którymi rozpocząłem ten wpis, nie należą do mnie. Tak odezwał się do nas ksiądz po tym jak wypowiedzieliśmy już słowa przysięgi.
Jak pisałem poprzednio – nerwów nie było wcale. W sobotę, zgodnie z planem o 12.30 wyruszyłem do Chełma. Kwiaty oraz prezenty dla rodziców zdążyłem jeszcze zawieźć do domu weselnego a o 15.30, już przebrany, podjechałem pod dom Asi. Na miejscu czekali na mnie jej kuzyni, przegradzając drogę i żądając wymiany butelek na wódkę. Nastąpiło tradycyjne targowanie się. Muszę przyznać, że burza „odrobinę” mi pomogła, jako że siedziałem w suchym samochodzie. Chcąc nie chcąc musieli opuścić proponowaną cenę. Jednak, żeby nie było – w trakcie wesela dodałem im jeszcze od siebie trochę wódki. Mówiąc szczerze – współczuję im. Ulewa była wtedy straszna. Po powrocie do domu dosłownie ociekali wodą.
Błogosławieństwo wspominam bardzo miło. Był załamujący się ze wzruszenia głos (rodziców), były uśmiechy. Nikt już nie zwracał uwagi na deszcz.
Ten ostatni jakby osłabł i w momencie, gdy dojechaliśmy do kościoła – przestał padać.
Przyznam się szczerze, że myślałem iż mszy nie będę pamiętać. A jednak
Kazanie było piękne – proboszcz nawiązał między innymi do pogody oraz słów o przyjaźni, które wypowiedział Wańkowicz. Jakby na potwierdzenie tego co zostało wypowiedziane, w pewnym momencie zgasło światło a po chwili dało się słyszeć grzmot.
Nie sprawdziły się również moje obawy odnośnie ślubowania. Patrząc się w oczy Asi wypowiedziałem bezbłędnie słowa przysięgi. Również i ona nie pomyliła się – jedynie uśmiech rozjaśniał jej twarz.
Czy muszę wspominać, że pierwszy taniec na weselu był taki, jaki miał być? Co prawda zmieniliśmy odrobinę układ, w stosunku do wyćwiczonego, ale było to wymuszone suknią i welonem Asi. Samo wesele było już cudowną zabawą. Co prawda nie miałem możliwości by zbyt dużo posiedzieć, czy pojeść ale… coś się udało
Szczerze muszę więc przyznać że właściciel domu weselnego mówił szczerą prawdę – jedzenia było mnóstwo i było pyszne. Jako, że wszystko co zostało mogliśmy wziąć, to w niedzielę udało mi się paru smakołyków spróbować. Mój osąd nie jest jedyny – chyba nie zdarzyło się aby ktoś narzekał na jedzenie.
Jak jest dobrze, to już ze wszystkim. Do dzisiaj zbieram pochwały za wyszukanie świetnego zespołu weselnego. Jakby ktoś szukał, to namiary na D.M.T. z czystym sumieniem mogę przekazać. Zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym – byli świetni. Nawet udało im się zaskoczyć mnie z zabawą oczepinową.
Podsumowując – ślub i wesele to były niezapomniane chwile. Tym większa radość, że od soboty mogę nazywać żoną tą kobietę, przy której chcę się zestarzeć.
Dwa dni…
Zostały mi dwa dni tzw. wolności… W najbliższą sobotę zostanie mi założona na palec obrączka, zwana też potocznie GPSem. Tylko dwa dni… i aż dwa dni.
Zewsząd słyszę pytanie – „denerwujesz się?”. Zmówili się wszyscy, czy jak?
Może to dziwne, ale póki co jestem całkowicie spokojny. Wszystko już przygotowane (a przynajmniej tak mi się wydaje). Obrączki stoją na półce od dłuższego czasu, lekcje tańca zakończone, alkohol już w domu weselnym, goście potwierdzili obecność… Chyba o niczym nie zapomniałem. A jeśli nawet, to i tak już za późno żeby coś zmieniać. Pozostała ostatnia spowiedź i oczekiwanie.
W tle leci mi piosenka „Feeling Good” w wykonaniu Michaela Buble i dodatkowo ładuje mi akumulatory pozytywną energią. Chętnie usłyszałbym ją na własnym weselu, ale… mam obawy, że inne niż oryginalne wykonanie, mogłoby być pozbawione „tego czegoś”. Tej energii, którą czuje gdy z głośników lecą słowa „It’s a new dawn, It’s a new day, It’s a new life, For me. And I’m feeling good„.
Właściwie muszę przyznać, że są dwie rzeczy których się odrobinę obawiam. Pierwsza jest prozaiczna – pomyłki w przysiędze małżeńskiej. Mam dziwne wrażenie, że stojąc przed ołtarzem jednak poczuję nerwy i głos może odmówić mi posłuszeństwa. Niemniej jednak wiem, że wystarczy mi spojrzeć się w twarz tej, której oddałem serce i patrząc się na nią wypowiem formułkę bezbłędnie. Dlaczego? Bo ją kocham i wiem, że chcę być z nią już zawsze.
Druga rzecz, której się obawiam to pierwszy taniec. Zachciało nam się specjalnej aranżacji zamiast tradycyjnego przytulańca.. Może jednak, pomimo ograniczonej liczby treningów, uda nam się zatańczyć tak jak chcemy. Nie tak, jak goście by sobie życzyli ale tak by nam sprawiło to frajdę.
Obym tylko wytrzymał do końca wesela… Czasy studenckie dawno mam już za sobą i od pewnego czasu około północy robię się dziwnie senny. Patrząc się wstecz, zastanawiam się jak to było możliwe, że kiedyś wystarczały mi cztery godziny snu dziennie. Jedynie raz na miesiąc musiałem odespać. Spałem wtedy 10 – 12 godzin i znowu mogłem siedzieć po nocach.
Po weselu zaś długo wyczekiwany wyjazd w góry. Wreszcie odwiedzę Karpacz i jeśli tylko sił nam starczy wdrapiemy się na Śnieżkę
Karty pamięci do aparatu już czekają w pogotowiu
Nie tylko na Karpacz zresztą. Również Kraków mam zamiar obfotografować, ze szczególnym uwzględnieniem muzeum przyrody.
Dwa dni… już niecałe… Aż dwa dni, czy tylko dwa dni? Może jestem głupi, ale nie mogę się doczekać.
Narzeczony mimo woli
Premiera tej komedii romantycznej odbyła się już jakiś czas temu, jednak nie udawało mi się znaleźć czasu na wizytę w kinie. Do czasu… W sobotę o 22, razem z narzeczoną usiedliśmy w kinowych fotelach. Dlaczego wybrałem się na taki film? Z trzech powodów – lubię komedie romantyczne, moja narzeczona lubi komedie romantyczne, lubię Sandrę Bullock i Ryana Reynoldsa.
Film oparto o przewidywalną fabułę. Znienawidzona szefowa (Sandra Bullock) zmusza podwładnego (Ryan Reynolds) do ślubu, by uniknąć deportacji. Udają się do jego rodziców, gdzie okazuje się że facet jest bogaty. Pomimo początkowej niechęci oczywiście zakochują się w sobie. Naturalnie po drodze musiała się trafić była dziewczyna (Malin Akerman) głównego bohatera, która nie miałaby nic przeciwko by do siebie wrócili.
Fabuła tego rodzaju filmów prawie zawsze oparta jest o taki sam schemat. Oglądając je musimy się z tym liczyć, by móc czerpać przyjemność z kolejnej historii miłosnej. W ten sposób podszedłem do filmu „Narzeczony mimo woli” i nie zawiodłem się. Historia nie była dokładnie taka sama jak w innych filmach. Ponadto dodano mnóstwo smaczków, które sprawiały że widzowie co chwila wybuchali głośnym śmiechem. Przykładem mogą tutaj być sceny, w których gra Oscar Nuñez. Scena, którą widzicie obok wywołała u mnie (i nie tylko) łzy śmiechu.
Nie jedyna zresztą. Ryan jak zwykle pokazał, że jest dobrym aktorem i potrafi twarzą wyrazić każdą emocję. Umieszczenie go w jednym filmie obok takich osób jak Mary Steenburgen czy Betty White ani trochę nie przyćmiło jego gry. A i wspomnianym aktorkom nie można nic zarzucić.
Właściwie, to tylko do jednej postaci mogę się przyczepić. Joe Paxton (Craig T. Nelson), czyli ojciec głównego bohatera zagrany został… kiepsko. Tak naprawdę, to był w filmie niewidoczny.
Zastanawiam się czy nie wybrać się na jeszcze jeden seans, co w przypadku komedii romantycznych nie zdarza się zbyt często. Wiem na pewno, że kupię ten film jak tylko wyjdzie na DVD.
Zdjęcia pochodzą z serwisu FilmWeb.





